Co w izraelskiej trawie piszczy?

W Izraelu panuje kryzys polityczny, to fakt. Jednak w świetle ogólnych światowych wydarzeń zdaje się on stawać normą. Pandemia koronawirusa i ogólne natężenie kryzysów w wielu państwach powoduje, że mogą nam umykać pewne procesy. Dlatego przyjrzyjmy się temu co się dzieje w Izraelu.

„Zmierzch panarabizmu”

W świecie muzułmańskim panował pewien konsensus nieuznawania Izraela. Do 2019 roku poza Jordanią i Egiptem, które wyłamały się ponad 30 lat temu, wszystkie inne kraje muzułmańskie oficjalnie nie utrzymywały relacji z Izraelem. Można zaryzykować stwierdzenie, że było to swego rodzaju ostatnie spoiwo idei panarabistycznej. Sama ideologia wyrosła wraz z rozwojem arabskiego nacjonalizmu w końcu XIX wieku i – w bardzo dużym skrócie – zakładała zjednoczenie ziem arabskich. Rozkwit tej ideologii nastąpił w latach 50.-70. XX wieku i głównym jej propagatorem był przywódca Egiptu, Abdel Naser. Za jego rządów powstał ciekawy twór: Zjednoczona Republika Arabska, czyli unia Syrii i Egiptu. Tego typu prób z innym państwami arabskimi było kilka, jednakże każda z nich kończyła się niepowodzeniem (jedyny przykład udanej integracji to Zjednoczone Emiraty Arabskie). Pojawienie się na mapie Izraela w 1948 roku, a w efekcie palestyńskiej al-Nakby*, stało się pewnego rodzaju spoiwem. Arabowie jednoczyli się przeciwko wspólnemu wrogowi, chociaż wszelkie próby zniszczenia Izraela, kończyły się niepowodzeniem. Po wojnie Yom Kippur (1973), w której to porażka sił izraelskich była bliska, finalnie zakończyła się kolejną dotkliwą klęską arabów. Następca Abdela Nasera, Anwar Sadat, w zamian za odzyskanie półwyspu Synaj, podpisał porozumienie pokojowe z Menachemem Beginem. Był to de facto koniec realnych działań panarabistycznych, gdyż to właśnie Egipt napędzał tę ideologię. Co prawda żyła ona jeszcze w świadomości arabów, lecz mocno już osłabiona. Ostatnim zadeklarowanym panarabistą był Saadam Husajn, którego porażka poniesiona w I Wojnie w Zatoce Perskiej (1991) ostatecznie zakończyła wszelkie projekty zjednoczeniowe.

Pozostałością po ruchach panarabistycznych jest istniejąca do dziś Liga Państw Arabskich i (nie)istniejący konsensus w kwestii negacji Izraela. Tajemnicę poliszynela stanowił fakt utrzymywania przez znaczną część państw arabskich niejawnych stosunków z Izraelem. Koronnym przykładem jest Arabia Saudyjska, która w dziedzinie bezpieczeństwa szczególnie współpracuje z Tel Awiwem. Zwłaszcza, że oba te państwa mają wspólnego sojusznika, jakim jest USA, i wroga – Iran. Można by rzec, że było tylko kwestią czasu, kiedy dojdzie do kolejnego porozumienia na linii Izrael–jakieś państwo arabskie.

Taką sposobnością okazały się nadchodzące wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. Donald Trump, który usilnie zabiegał o poparcie żydowskiej diaspory w USA, również chciał udowodnić wyborcom, że jest świetnym „dealmakerem”. Dlatego zaczął naciskać na poszczególne kraje i regiony.

Uznaniowa puszka Pandory

Kwestia uznawania państwa izraelskiego rozbijała się o oficjalne poparcie dla narodu palestyńskiego i jego tragedii. Jednak gdy prześledzimy całą historię al-Nakby, to łatwo dojść do wniosku, że bardziej tu chodziło o PR niż o realną troskę. Zresztą zasadniczym przykładem tego, że państwa arabskie od początku myślały o własnym interesie jest wojna z 1948 roku. Izrael powinien ją przegrać, jednak kiedy państwa arabskie zajęły interesujące je tereny, zatrzymały się i dalej nie koordynowały działań. To pozwoliło Izraelowi obronić się i pokonać każdego przeciwnika po kolei.

Pomimo że Egipt i Jordania już dawno wyszły przed szereg w kwestii nawiązania stosunków z Izraelem, reszta państw wciąż utrzymywała antagonistyczną narrację. Niemniej w 2019 roku wszelkie deklaracje osiągnęły taki poziom rozmycia, że już mało kto wierzył w realność zapewnień wsparcia dla Palestyńczyków. ZEA oficjalnie nawiązały relacje z Izraelem w zamian za wstrzymanie aneksji Zachodniego Brzegu Jordanu przez Tel Awiw. Prawdziwym celem było wybicie się na niezależność od Arabii Saudyjskiej i postawienie się w roli głównego sojusznika USA. Nastroje społeczne ku temu sprzyjały, zwłaszcza po morderstwie dziennikarza Ddżamala Chaszukdżiego – wówczas Saudowie i ich przywódca książę Muhammad ibn Salman, znaleźli się w ogniu krytyki amerykańskiej opinii publicznej. Wygląda na to, że podobne pobudki przyświecały Bahrajnowi, o którym często mówiło się, jako państwie w pełni zależnym od Arabii Saudyjskiej. Tym samym została odczarowana łatka „pierwszego państwa”, które nawiąże relacje z Izraelem.

Miesiąc po deklaracjach ZEA również Sudan zapewnił, że nawiąże stosunki dyplomatyczne z Izraelem, oczekując skreślenia z listy państw wspierających terroryzm. W ostatnich dniach Maroko ogłosiło chęć przejścia w tę formę relacji międzypaństwowych z Izraelem, pod warunkiem uznania Sahary Zachodniej przez USA za ziemie marokańskie.

Jared Kushner i Binjamin Netanjahu. Podpisują oni dokument otwarcia ambasady USA w Jerozolimie.

Oczywiście pojawiły się słowa oburzenia, w ZEA nawet doszło do drobnych demonstracji, jednak były to raczej wydarzenia marginalne. Najdonioślejszy głos krytykujący państwa, które zawarły porozumienia z Izraelem, podniósł się ze strony prezydenta Turcji – Recepa Tayipa Erdogana. Choć trzeba przyznać, że jego krytyka ma bardzo słabe podwaliny, gdyż sam przewodzi państwu, które uznaje Izrael , a na dodatek prowadzi z nim lukratywny biznes. To tylko pokazuje, że klimat pod zawarcie porozumień z Izraelem już dojrzał i potrzebny był ktoś, kto to domino popchnie. Z wiadomych powodów nie mógł to być Binjamin Netanjahu, bo cytując pewną piosenkę „Nie wiele ci mogę dać”; co innego Donald Trump. Wykonawcą woli prezydenta miał zostać jego zięć – Jared Kushner. Człowiek, przypominający wystruganego przez Geppeta Pinokia, który zabłysnął wypowiedzią, że USA w końcu odzyskuje władzę w kraju sterroryzowanym przez lekarzy. Powiedział to w kwietniu, gdy w USA nie żyło już 40 tysięcy osób, a w najbliższych miesiącach miało umrzeć ich 10 razy więcej . Niemniej to właśnie on jest architektem ostatnich porozumień z Izraelem. W takiej sytuacji widać jak na dłoni, że losy kolejnych zależeć będą od USA. Niewątpliwie Arabia Saudyjska stanowi kluczowe państwo i to na niej skupi się nacisk przyszłej amerykańskiej administracji. Problemem jednak jest kwestia wizerunkowa i nie wydaje się by książę Muhammad ibn Salman był skłonny na ten moment przystać na ugodę z Izraelem. Jak wcześniej wspominałem, odbiłoby się to na postrzeganiu Arabii Saudyjskiej jako lidera regionu, gdyż powieliłaby ścieżkę przetartą przez ZEA.

W całej tej sytuacji najwięcej zyskuje Izrael, a będąc bardziej precyzyjnym – Binjamin Netanjahu. Niewiele robiąc, państwo żydowskie zyskuje coraz większą legitymizację, tylko dlatego że 10 tysięcy kilometrów dalej odbywają się wybory. Stoi jednak w ogromnym rozkroku z pytaniem: co dalej? Z jednej strony liczne, choć nie na tyle, by zmienić władzę, młode pokolenie, które ma dość wszechobecnego militaryzmu i chce skupienia się w końcu na kwestiach społecznych. Z drugiej strony są osoby, wciąż żyjące w świadomości naznaczonej dychotomią „my-oni” i ciągłym przygotowaniu na zagrożenie. Wynika to w dużej mierze z kryzysu partii lewicowych, które nie potrafią się zredefiniować wobec nowych wyzwań. Jest to ogólny problem obserwowany na świecie tam, gdzie dominują partie centrowe, które – by skutecznie rozbijać agendę lewej strony – „podkradają” jej postulaty. Za kardynalny przykład można uznać właśnie Izrael, gdzie główną partię „opozycyjną” stanowi koalicja Niebiesko-Białych. „Opozycyjną” dlatego, że na ten moment jest w koalicji rządzącej.

Do czterech razy sztuka?

Binjamin Netanjahu rządzi Izraelem od 2009 roku i jest on najdłużej w historii tego państwa urzędującym premierem. Oczywiście tak długa kadencja może doprowadzić do pewnego zmęczenia materiału, lecz Netanjahu jest mistrzem zakulisowych rozgrywek i tworzenia sieci zależności. Dlatego, mimo że pozostawał prawicowym politykiem, udawało mu się zagarniać znaczną część centrowego elektoratu. Jednak ostatnia kadencja, która skończyła się wraz z przyspieszonymi wyborami w 2019 roku, mijała w cieniu toczącej się sprawy korupcyjnej. Można nazwać to powoli zwyczajem, gdyż poprzedni premier Ehud Olmert był również sądzony za korupcję. Tym razem na przeciwnika Netanjahu wysunęła się partia Niebisko-Białych pod przewodnictwem Benjamina Gantza. Program partii? Kopiuj-wklej Likud z 2009 roku w postawie anty-Netanjahu. Analogii proszę doszukiwać się samemu. Niemniej społeczeństwo jest wyraźnie spolaryzowane i nawet wśród elektoratu Likudu Netanjahu wydaje się powoli tracić poparcie. Wówczas nastał słynny rok 2020, wraz z pandemią COVID-19. Izrael był już po trzecich nierozstrzygniętych wyborach. Wtedy to Binjamin Gantz, który głównie oparł swoją agendę polityczną przeciwko Netanjahu, stworzył rząd jedności narodowej z Likudem. Oczywiście argumentem było to, że nie czas na spory w dobie pandemii, ale w praktyce rząd tworzą dwie partie, które głównie napędzały swoją dynamikę poprzez polaryzację.

Według umowy koalicyjnej przez pierwsze 18 miesięcy sprawować funkcję premiera miał Binjamin Netanjahu, by następnie przekazać stery w rządzie Binjaminowi Gantzowi. Nie trzeba być wytrawnym obserwatorem izraelskiej sceny politycznej by podejrzewać, że osoba, która ma trzy sprawy korupcyjne w toku, czy notorycznie łamie ciszę wyborczą podsycając nastroje nacjonalistyczną narracją, nie będzie grała czysto. Tak też się stało w momencie prac nad budżetem na rok 2020. Izrael przez to, że ostatnie dwa lata spędził nad urną wyborczą, wciąż operuje budżetem zatwierdzonym w 2018 roku. Jak łatwo się domyślić okoliczności wyraźnie się zmieniły od tamtego czasu. Binjamin Netanjahu ogłosił, że prace nad budżetem muszą zostać przesunięte do lutego i że nie uda im się wyrobić do planowanego grudniowego terminu. Binjamin Gantz oskarżył Netanjahu, że są to działania celowe, by rozbić i tak mocno egzotyczną koalicję oraz doprowadzić do czwartych wyborów w ciągu dwóch lat.

Izrael został też silnie dotknięty przez pandemię koronawirusa. Na 8,5 mln mieszkańców zachorowało 360 tysięcy, co stanowi ok. 4% społeczeństwa, a krytyka rządu z tego powodu jest bardzo duża. Binjamin Netanjahu, świadom tego, obsadza stanowiska swoimi ludźmi prawdopodobnie w oczekiwaniu na kolejne przedterminowe wybory. To m.in. nominacja Efiego Ejtama na dyrektora Yad Vashem, który słynie ze skrajnie ksenofobicznych poglądów. Wszystko wskazuje na to, że Binjamin Netanjahu, nie chcąc oddać władzy, stara się doprowadzić do kolejnych już czwartych przedterminowych wyborów, mając nadzieję, że uda mu się zmiękczyć głównego oponenta i tym samym wyjść na jedyną liczącą się siłę. Co prawda istnieje groźba, że może się przeliczyć w tych rachunkach, jednak już nieraz pokazywał, że czasy się zmieniają, a Binjamin Netanjahu nadal pozostaje premierem. Końcówka roku 2020 stanie pod zapytaniem, czy koalicja przetrwa, a jeżeli tak, to jak długo. Trzeba pamiętać natomiast, że nawet najbardziej wytrawni gracze finalnie ulegają, a społeczeństwo izraelskie zdaje się już gotować od środka. Dlatego rok 2021 może być swego rodzaju przesileniem, które wywróci scenę polityczną Izraela do góry nogami. Z drugiej strony równie dobrze może się nic nie zmienić. Bo przecież kto pod koniec 2019 roku przewidywał, że nasz świat tak bardzo zmieni się zaledwie po 12 miesiącach.

*Al-Nakba – w języku arabskim oznacza katastrofę. Tak określany jest czas, kiedy to 700 tysięcy Palestyńczyków opuściło tereny obecnego Izraela. Wtedy też zniszczono ok 600 wiosek palestyńskich.

Chcielibyśmy też bardzo podziękować naszym patronom za wsparcie, oraz zachęcić resztę naszych czytelników do wspracia nas na profilu Patronite. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *