Clinton był bliski kapitulacji w Bośni

Kilka dni temu odtajniono niektóre dokumenty kancelarii Białego Domu z czasów prezydentury Billa Clintona. Rzucają one nowe światło na to, jak blisko kapitulacji wobec przedłużającego się konfliktu na Bałkanach była amerykańska administracja.

Ostatnio ujawnione dokumenty rzuciły nowe światło na nastroje wśród amerykańskiej administracji podczas ostatnich miesięcy wojny w Bośni. Według nich ówczesny prezydent USA, Bill Clinton miał za wszelką cenę przeć do zakończenia wojny na niekorzystnych dla Boszniaków warunkach, przed czym został powstrzymany przez doradców.

Przypomnijmy – jest 1995 rok, rok wcześniej w marcu zakończył się konflikt pomiędzy Boszniakami a bośniackimi Chorwatami. Porozumienie zwieńczyło powołanie do życia Federacji Bośni i Hercegowiny, która ma być wstępem do federalizacji kraju po pokonaniu bośniackich Serbów i zakończeniu wojny. Zimą trwały ciężkie walki w górach zachodniej Bośni. Siły chorwackie w serii kilku operacji mozolnie przebijały się w głąb terytorium Republiki Serbskiej, aby odciągnąć uwagę od Bihacia i oskrzydlić Knin, szykując grunt pod mozolnie przygotowywaną ofensywę na wszystkich frontach. Nadal jednak to mglista perspektywa, a wojna przeciąga się już trzeci rok.

Tymczasem społeczność międzynarodowa miota się w kolejnych dywagacjach na temat kształtu planu pokojowego dla Bośni, niezmiennie niezadowalających którąś ze stron. Ostatnia propozycja została odrzucona przez bośniackich Serbów w sierpniu 1994 roku i wygląda na to, że pat potrwa jeszcze długo.

Zniecierpliwienie i zniechęcenie udzielało się wówczas wszystkim aktorom, ale ujawniona przez „Guardiana” treść dokumentów ukazuje diametralnie inny obraz nastrojów panujących wśród amerykańskiej administracji od tego znanego z oficjalnych przekazów. Okazuje się, że poglądy na to, jak USA mają zamiar wyjść z kłopotliwej wojny, były bardziej zróżnicowane, a w centrum wydarzeń znalazł się prezydent Bill Clinton.

Doniesienia są zaskakujące, zwłaszcza że dotyczą okresu następującego po ludobójstwie w Srebrenicy, gdzie armia i jednostki paramilitarne bośniackich Serbów zamordowały ponad 8 tysięcy muzułmańskich mężczyzn i chłopców.

Masakra w Srebrenicy – tragiczne zwieńczenie trzyletniej wojny

Clinton za tę klęskę międzynarodowych sił pokojowych miał obarczyć armię bośniacką, która jego zdaniem zawiodła broniąc enklawy. To kontrowersyjna teza, biorąc pod uwagę fakt, że stacjonująca w Srebrenicy wskutek trwającego trzy lata całkowitego oblężenia, 28. Dywizja ARBiH była zdziesiątkowana, pozbawiona broni i amunicji i zdemoralizowana. Na 6 tysięcy żołnierzy co najwyżej połowa miała broń. A utrzymanie enklawy obiecała społeczność międzynarodowa w 1992 roku ustami francuskiego generała Morillona.

Funkcjonowanie w enklawie srebrenickiej było dużo trudniejsze niż w Sarajewie czy Bihaciu, gdzie transporty – jakiekolwiek, z dużym trudem, ale jednak docierały. Srebrenica leżała w głębi terytorium zajętego przez wojska serbskie, a 10-tysięczne miasto było w stanie katastrofy humanitarnej po przyjęciu 40 tysięcy uchodźców wygnanych z innych części wschodniej Bośni. Nawet stacjonujące w enklawie siły ONZ miały gigantyczne problemy z zaopatrzeniem, jednostce holenderskiej chronicznie brakowało paliwa czy lekarstw.

Sytuacja w głodującej Srebrenicy była nieporównywalnie gorsza od innych enklaw i miało to wpływ na zdolność bojową znajdujących się tam – wciąż nielicznych – oddziałów bośniackich, które dopuszczały się wypadów na okoliczne wsie, głównie w celach rabunkowych – zdobycia zapasów i pożywienia, choć oczywiście nie tylko, co zostało zręcznie wykorzystane przez serbską propagandę. Oczywiście istotna jest tu kwestia „wyczynów” dowódcy bośniackiej obrony, Nasera Oricia, jednak jest to obszerny temat na zupełnie inną okazję. W momencie ludobójstwa w lipcu 1995 roku Oricia w Srebrenicy nie było, jednakże jego wieloletnie dowództwo doprowadziło do poważnej demoralizacji w szeregach 28. Dywizji.

Jeśli w obliczu takiego – opłakanego – stanu rzeczy Clinton oczekiwał, że Bośniacy obronią Srebrenicę przed dysponującymi bronią ciężką, dobrze zaopatrzonymi i najedzonymi siłami serbskimi to albo nie zdawał sobie sprawy z realiów, albo został wprowadzony w błąd przez doradców. Jedno i drugie nie najlepiej o nim świadczy.

Madeleine Albright – amerykańska sekretarz stanu podczas prezydentury Billa Clintona

Pogratulować też można wyczucia czasu, gdyż w tym samym tygodniu, kiedy upadła Srebrenica, w środku trwania masowych mordów, Clinton powziął mocne naciski na przywództwo bośniackich muzułmanów, aby ci przyjęli niekorzystny dla nich plan pokojowy, będący w istocie podkładką dla pozbycia się przez USA „gorącego kartofla” przed wyborami w 1996 roku, w które Clinton miał wkroczyć jako ten, który zakończył konflikt na Bałkanach.

Plan zakładał podział terytorium i zezwolenie na secesję Republiki Serbskiej. Byłoby to de facto zrealizowanie celów wojennych bośniackich Serbów, które od początku były realizowane za pomocą czystek etnicznych i planowego ludobójstwa. Ochocze przyłożenie do tego ręki przez Clintona byłoby co najmniej kontrowersyjne.

Wisienką na torcie na torcie jest sformułowanie użyte przez prezydenta, że teraz trzeba „od serca porozmawiać z Boszniakami”, którzy po upadku Srebrenicy „powinni bardziej realistycznie myśleć o jakimkolwiek porozumieniu”. Czyli ogólnie rzecz biorąc – mam nadzieję, że Czytelnicy wybaczą kolokwializmy – trudno chłopaki, obiecaliśmy was chronić za wszelką cenę i wszystkim opowiadamy jak was wspieramy, ale stało się, trzeba było się lepiej bronić; Serbowie was wymordowali, ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, trzeba podejść do sprawy realistycznie.

Jak komentuje Mirza Hajrić, doradca prezydenta Izetbegovića: „To była olbrzymia presja w totalnie złym momencie. Mierzyliśmy się z tragedią Srebrenicy. To była ogromny cios w morale społeczności międzynarodowej i najbardziej tragiczny epizod tej wojny, a tu nagle masz Amerykanów próbujących złamać cię u podstaw. Dlaczego miałbyś wynagradzać ludzi, którzy w lipcu 1995 roku zaplanowali i przeprowadzili ludobójstwo?”

Prezydent Clinton z bośniackim przywódca Aliją Izetbegoviciem

Po latach ludzie związani z administracją Clintona przyznają, że podejście to było owocem kompromisu pomiędzy ośrodkami decyzyjnymi w USA, które miały diametralnie różną optykę – Pentagon podchodził do sprawy pragmatycznie, Sekretarz Stanu idealistycznie, a prezydent po prostu chciał uzyskać reelekcję.

Koniec końców wygrała jednak opcja wydatnego wsparcia Boszniaków i Chorwatów. Defetyzm spotkał się z ostrą reakcją sekretarz stanu, Madeleine Albright, która odnotowała, że „to spacer po cienkiej linie. Serbowie przejęli olbrzymią część terytorium za pomocą czystek etnicznych, a potem my mamy przeprowadzić referendum dla potwierdzenia tej agresji? To grubymi nićmi szyty appeasement”

Niedługo potem siły ONZ przyjęły twardą postawę podczas ataku na enklawę Goražde. Groźba uderzenia lotniczego skłoniła Serbów do zatrzymania ofensywy, co potwierdziło, że twarda postawa w Srebrenicy mogła powstrzymać akt ludobójstwa. Miesiąc później Chorwaci w 4-dniowej ofensywie zlikwidowali Republikę Serbskiej Krajiny. To wywróciło do góry nogami całą sytuację strategiczną i umożliwiło zadanie jesienią bośniackim Serbom dwóch ostatecznych ciosów – z powietrza przez NATO, z lądu przez połączone siły chorwacko-boszniackie. Niewiele jednak brakowało, aby wszystko potoczyło się zupełnie inaczej.

Bill Clinton podczas wizyty w bazie SFOR w Tuzli – na pierwszym planie polski smaczek.

Źródło: Guardian

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *