Liban – czy w ulicy drzemie siła?

W Libanie od października trwają protesty, których siła w ostatnim miesiącu wyraźnie osłabła. Jednakże Liban jest specyficznym krajem na tle całego regionu i siła społecznych wystąpień zawsze była w nim bardzo silna. W styczniu protesty wybuchły z nową siłą, lecz w zupełnie innej formie. Jednak gdy mowa o Libanie i tego typu masowych wystąpieniach to zawsze jest to stąpanie po cienkim lodzie i trzeba mieć z tyłu głowy pamięć o krwawej wojnie domowej z lat 1975-1989.

By zrozumieć, dlaczego każde większe protesty są nieprzewidywalne muszę przytoczyć krótką statystykę. System w kraju jest ściśle powiązany z wyznaniem, jednak nic w tym dziwnego, gdy mówimy o państwie wielkości Dolnego Śląska, w którym jest aż 18 konstytucyjnych wyznań. Liban zamieszkuje po ok. 30% chrześcijan, szyitów, sunnitów, a resztę stanowią druzowie i alawici. Natomiast prezydentem musi być zawsze chrześcijanin (maronita) premierem sunnita, a przewodniczącym parlamentu szyita (więcej o tym można przeczytać w artykule na naszej stronie).

Liban od paru lat przeżywa coraz większą zapaść gospodarczą, a bezrobocie wśród młodych błyskawicznie rośnie. Symptomatyczne niech będzie to, że w kraju który liczy ok. 4 mln obywateli aż 15 mln żyje na emigracji! Oczywiście duża część tych ludzi opuściła kraj jeszcze podczas wojny domowej, jednak to obrazuje skale problemu. Kolejną sprawą jest tzw. afera śmieciowa, która rozpoczęła się w 2015 roku. W dużym skrócie chodziło o to, że rząd nie dogadał się z firmami, które miałyby pozbywać się odpadów, przez co kraj dosłownie zalały śmieci. Libańczycy nie mając innego wyjścia musieli je na własną rękę po prostu palić. Na ten moment sprawa jest po części zażegnana, ale hałdy śmieci często zalegają na ogromnych połaciach Bejrutu. Najdobitniejszym przykładem jest składowisko przy lotnisku, gdzie czasem czuć brzydki zapach nawet w samolocie. Problemem stają się również braki w dostawie energii elektrycznej z publicznej sieci. Z tego powodu Libańczycy muszą pobierać elektryczność z generatorów prądów, które należą do lokalnych „biznesmenów”.

W połowie października w Libanie wybuchły ogromne pożary, które strawiły duże jego połacie. Były ofiary, a wielu straciło dobytek. Rząd nie poradził sobie z pożarami, a na dodatek parę dni po tych wydarzeniach ogłosił wprowadzenie nowych podatków. Poza podwyżką VATu, podatku na paliwo i tytoń, największym kuriozum miał być podatek od Whatsappa w wysokości 6$ za miesiąc. W Libanie połączenia telefoniczne są bardzo drogie. Firmy telekomunikacyjne należą do oligarchów będących w rządzie, dlatego ta aplikacja jest często jedyną alternatywą w komunikacji. Tego było za wiele. Ludzie wyszli na ulice.

„Wszyscy znaczy wszyscy” to hasło, które zaczęło rozbrzmiewać na ulicach oznaczało, że razem, bez podziałów protestują wyznawcy wszystkich religii: Szyici, sunnici, alawici, druzowie, prawosławni, maronici itd. Głównym motorem napędowym protestów jest pokolenie urodzonych po wojnie domowej (1990). Nie pamiętają oni czasów krwawych walk, jednak znają oni twarze polityków rządzących nimi od 29 lat i nierzadko uwikłanych w zbrodnie wojenne. Protestujący zaczęli mówić, że kraj potrzebuje diametralnej zmian: „Nie jestem tutaj dla mej samej” mówi Ahmad Halawi, 35 letnia Libanka. „Mam dwójkę dzieci. Jestem tu ponieważ chce żeby miały one przyszłość i możliwość dorastania w nim. Mam wielką nadzieje, że to w końcu jest koniec ślepego podążania za tradycyjnymi partiami. W kraju musi nastąpić zmiana.” Pojawiły się hasła, jakie wykrzykiwano podczas arabskiej wiosny, z czego najbardziej kojarzone z rewolucją w Egipcie: „lud żąda upadku reżimu”

Nie bez znaczenia są też dwa lokalne mocarstwa: Iran i Arabia Saudyjska, które aktywnie wspierają przeciwne sobie obozy, jeszcze bardziej betonując scenę polityczną. Liban mimo wojny domowej dalej pełni role centrum finansowego Bliskiego Wschodu. Głównie za sprawą chrześcijańskich banków i waluty, sztywno związanej z kursem dolara amerykańskiego (1$= ok. 1500 funtów libańskich). Dla Iranu objętego sankcjami, często jedyną możliwością dokonania transakcji zagranicznej jest zrobienie tego za pomocą konta w libańskim banku. Dla Persów jest to niezmiennie ważne, ponieważ posiadając konto w funtach libańskich tak naprawdę ma się dolary, a to pozwala dokonywać operacji finansowych na całym świecie.

Premier Saad Harriri (sunnita) zapowiedział, że rząd wycofa się z podatków oraz przeprowadzi stosowne reformy. Nikt jednak w to nie uwierzył, bo czemu niby miałby teraz to zrobić skoro do tego czasu panowała stagnacja? Tym samym 29 października premier Libanu po krótkiej przemowie ogłosił rezygnacje z piastowanego stanowiska. Libańczycy dowiedli swojej siły, jednakże nie za wiele to zmieniło. 1 listopada prezydent Michel Aoun powiedział, że Liban musi odejść od systemu konfesyjnego (ściśle powiązanego z religią). Te słowa są dosłownym trzęsieniem ziemi, ponieważ od czasu istnienia państwa nikt z rządzących nie kwestionował istniejącego porządku. Niemniej zawirowania w rządzie i rezygnacja premiera oznaczają utratę władzy między innymi przez szyickie partie Hezbollah i Amal.

Po rezygnacji Haririego ludzie popierający obie partie zniszczyli wioskę namiotową w centrum Bejrutu i zaatakowali protestujących przy bierności policji. Jest to bardzo niebezpieczny precedens, gdzie łatwo o eskalacje konfliktu. Libańska armia jak i policja stoją na razie z boku wszystkiego, bojąc się interweniować, by tylko nie zaostrzyć sytuacji. Zwłaszcza, że wcale nie jest powiedziane, że są oni najsilniejszą formacją w Libanie. Hassan Nasrallah (Hezbollah) i Nabih Berri (Amal) są przeciwni protestom mówiąc, że nie są „prawdziwie libańskie” i są sterowane z zewnątrz. Jest to duża hipokryzja, gdyż co by nie mówić o innych partiach to Amal i Hezbollah są największymi beneficjentami dotacji z Iranu. Jednakże ich sprzeciw, a zwłaszcza Nabiha Berriego nie dziwi. Jak powiedział mi mój znajomy Libańczyk – posiada on szereg generatorów prądu i to on między innymi należy do grupy „biznesmenów”, o których wcześniej wspominałem. Nietrudno się domyślić, że takiej osobie nie będzie zależeć na zmianie sytuacji w kwestii dostaw prądu, gdy sama zarabia na tym ogromne pieniądze.

13 listopada prezydent Michel Aoun, który w przemówieniu z początku miesiąca mówił o potrzebie zmiany systemu, bardzo arogancko wypowiedział się o protestujących. Jednocześnie zapowiedział, że współpraca z Amalem i Hezbollahem zostanie podtrzymana. Prezydent ewidentnie się przeliczył, ponieważ protesty, które od czasów rozpoczęcia znacznie zmalały na sile, ponownie wybuchły z ogromnym rozmachem. Drogi w Libanie zablokowano. W kraju, gdzie nie ma publicznego transportu oznacza to paraliż. Takie działania zastosowano na początku protestów i przyniosły one dymisje premiera. Wojsko zostało wysłane w celu udrożnienia dróg i o ile dwa tygodnie temu skończyło się na drobnych przepychankach bądź zwykłej polemice, tym razem doszło do tragedii. Zginął Alla Abou Fakher, członek druzyjskiej Progresywnej Partii Socjalistycznej, który stał się pierwszym męczennikiem (szahidem) rewolucji.

Obecnie mamy styczeń – czy coś w Libanie się zmieniło? 22 stycznia został powołano nowy rząd z premierem Hassanem Diabem na czele. Jednakże jest to zwykła kosmetyka, lekkie odświeżenie wizerunku. Skład parlamentu pozostał niezmienny i mimo zapowiedzi reform nikt nie ma wątpliwości, że układ korupcyjny w kraju nie zostanie ruszony. W ramach ciekawostki Liban został pozbawiony prawa głosu na zgromadzeniu ogólnym ONZ, ponieważ nie zapłacił składki członkowskiej. Tłumaczenie rządu było dość kuriozalne, że oni uiścili składkę ale „przelew nie doszedł”. Ciężko mówić o poważnym rządzie, który tłumaczy się w taki sposób.

źródło: Arab News

“Kyla yani kyla!” – “Wszyscy znaczy wszyscy!” główne hasło saury (rewolucji), już dawno przestało obowiązywać. Szyici skupieni wokół dwóch partii: Amal i Hezbollah, wycofali się w dużej mierze z protestów. Nie oznacza to oczywiście, że wcale w nich nie uczestniczą, jednak nie są główną grupą protestujących. Szyici mają coś do stracenia. Na przykład miasto Tyr, które jest kontrolowane przez Hezbollah odstają zagospodarowaniem od Sydonu zamieszkanego głównie przez Sunnitów. Co by nie mówić o Hezbollahu to w pewnym stopniu finansuje on cywilną infrastrukturę na terenach przez niego kontrolowanych. Inna sprawa, że pieniądze Hezbollah otrzymuje od Iranu, który akurat ostatnim czym jest zainteresowany to poprawianiem warunków bytowych zwykłych Libańczyków. Obok tego wszystkiego są chrześcijanie, którzy to w większości zajmują miejsca w biznesie usługach itd. Nie oznacza to, że nie ma wśród nich muzułmanów, ale to chrześcijanie są najbogatszą grupą społeczną i najwyżej postawioną, co nie ulega wątpliwości. Dlatego mimo początkowego licznej obecności chrześcijan wśród protestujących ich liczba znacznie zmalała.

Ostania sprawa to wydźwięk protestów. Jak już podkreślałem, wystąpienia protestujących były zawsze pokojowe i starano się za wszelką cenę unikać przemocy. Niestety w ostatnich dniach doszło do gwałtownych starć pomiędzy protestującymi, a siłami porządkowymi. Mówi się nawet o 300 zatrzymanych. Dodatkowo coraz częściej widywana na ulicach jest armia, a nie policja, co zaognia sytuacje.

Wydarzenia, których jesteśmy świadkami są historyczne też z innego powodu. Są to pierwsze w historii tego kraju protesty bez przywództwa politycznego. Powojenne pokolenie Libańczyków nie chce poprzeć żadnej partii, ponieważ w każdej z nich są te same nazwiska z czasów wojny domowej. Chcą po prostu zmiany systemu, w który wpisuje się każda partia. Mowa już o prawie czteromiesięcznych protestach, które co prawda słabły, ale wciąż trwały. Czy nowy rząd libański postara się odpowiedzieć odpowiednio na postulaty protestujących? Śmiem w to wątpić, jednakże jak już historia pokazywała, gdy parę razy rządzący ignorowali niezadowolenie protestujących, prędzej czy później wracali oni ze zdwojoną siłą. Czy tak samo będzie w przypadku Libanu? Jak zwykle czas pokaże.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *