Zmiana warty w Kosowie. Stan po październikowych wyborach.

6 października 2019 w Kosowie odbyły się kolejne wybory parlamentarne. Choć ostateczne wyniki nie są szokujące, to potencjalne reperkusje warto obserwować. Tym bardziej, że mówimy o wciąż dość nieprzewidywalnym kraju, którego rządy upadały w minionych latach z powodu kontrowersji związanych z wytyczeniem granicy państwowej bądź wezwania (i to dwa razy!) urzędującego premiera w charakterze podejrzanego o popełnienie zbrodni wojennych. 

Na wstępie warto odnotować po co odbyły się kolejne wybory, skoro ostatnie głosowanie miało miejsce w 2017 roku? Otóż nie po raz pierwszy do politycznej gry na Bałkanach wkracza Haga, a konkretnie Specjalna Izba Sądowa Kosowa, organ, który ma kontynuować misję rozwiązanego z końcem 2017 roku Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości dla byłej Jugosławii w kwestii zbrodni wojennych popełnionych podczas wojny w Kosowie pod koniec lat 90. XX wieku. W tym roku, po długich miesiącach oczekiwań, nowy trybunał w końcu zintensyfikował swoje działania, póki co w kontekście przesłuchań byłych dowódców albańskiej partyzantki UÇK (Ushtria Çlirimtare e Kosovës).

Ramush Haradinaj (po prawej) (fot. domena publiczna)

Tak się akurat złożyło, że jednym z wezwanych do Hagi okazał się ówczesny premier Kosowa, Ramush Haradinaj. Jest to postać od lat obecna na najwyższych szczeblach kosowskiej polityki, a przy tym wysoce kontrowersyjna. Haradinaj był jednym z pierwszych i najwyższych rangą dowódców UÇK. Sławę sprawnego dowódcy zyskał podczas obrony Glodjane (okolice Dećana, zach. Kosowo) na samym początku wojny. Po zakończenia konfliktu, podobnie jak wielu przywódców UÇK odnalazł się w polityce. Jego kariera od lat jest jednak przerywana kolejnymi wezwaniami do stawienia się w Hadze. Dwukrotnie – w 2008 i 2010 był sądzony przez MTS za zbrodnie przeciwko ludzkości i pogwałcenie praw i zwyczajów wojny. W obu przypadkach został uniewinniony z powodu braku dowodów. Procesy te budzą sporo kontrowersji ze względu na domniemane naciski na świadków, tajemnicze zniknięcia i zmiany w zeznaniach. Zostawmy jednak te sprawy na boku i skupmy się na polityce.

19 lipca br. Haradinaj, sprawujący urząd premiera Kosowa od 2017 roku zrezygnował ze stanowiska, motywując to kolejnym wezwaniem do złożenia zeznań przed haskim trybunałem twierdząc, że nie może pełnić swoich obowiązków będąc oskarżonym o zbrodnie wojenne. Zgodnie z przepisami prezydent kraju przekazał misję utworzenia rządu rządzącej koalicji, co spotkało się z wetem opozycji. Rozpisano więc nowe wybory.

 

Środowisko polityczne w Kosowie

Od lat na kosowskiej scenie dominują dwie partie polityczne. Choć istnieje szereg mniejszych partii, to mają one tendencje do bycia przybudówkami większych koalicji formowanych przez PDK i LDK. Przy braku znaczących różnic programowych korzenie podziału między nimi leżą w wojennej historii młodego państwa. PDK, czyli Demokratyczna Partia Kosowa (Partia Demokratike e Kosovës) powstała tuż po wojnie z przekształcenia partyzantki UÇK w ruch polityczny. Najprościej rzecz ujmując stała się poduszką, na której miękkie lądowanie zaliczyli partyzanccy dowódcy, na czele z Hashimem Thaçi, obecnym prezydentem kraju. Jak na polityczne skrzydło UÇK przystało, w swojej retoryce od lat gloryfikuje działania tej formacji. Z drugiej strony deklaruje chęć porozumienia z Serbią i rozwiązania problemu serbskiej mniejszości w Kosowie.

Niestety chęć ta jest jedynie deklaratywna, gdyż w ostatnich latach próżno wypatrywać wprowadzenia realnych zmian w tej materii. Jeśli dodamy to tego fakt, że rządzące od lat PDK jest mainstreamową partią o szerokim, ponadideowym zapleczu, ciężko nie uciec od spostrzeżenia, że w swoich metodach stanowi odpowiedniczkę Serbskiej Partii Postępowej, od lat rządzącej w Belgradzie. Podobnie jak partia Aleksandara Vučicia, kreuje się na ugrupowanie umiarkowane i gotowe do dialogu; w rzeczywistości jest jednak zakorzenione w nacjonalizmie i populistycznie wykorzystuje lokalne sentymenty. Jest to sprytna taktyka posiadania dwóch oblicz – jednego na potrzeby dobrego wizerunku wśród państw zachodnich, drugiego w celu zapewnienia sobie wysokiego poparcia w kraju.

Ibrahim Rugova (fot. domena własna)

Z drugiej strony sceny politycznej – przynajmniej pozornie – mamy LDK, czyli Demokratyczną Ligę Kosowa (Lidhja Demokratike e Kosovës). Partia ta wywodzi się ze środowiska Ibrahima Rugovy, dawnego lidera kosowskich Albańczyków, który na początku lat 90. opowiadał się za walką o niepodległość kraju metodami raczej pokojowymi. Stąd zadawniony spór z UÇK, który podczas wojny przybierał czasem ostre formy. Do dziś tematem tabu w Kosowie są represje dokonywane przez partyzantów na zwolennikach Rugovy. Z drugiej strony, pewien stopień ugodowości i rozmowy prowadzone z Belgradem spowodowały znaczny spadek poparcia dla ugrupowania będącego przed wojną jedyną poważną reprezentacją kosowskich Albańczyków.

Mimo dwukrotnego zwycięstwa w wyborach w 2001 i 2004 roku, a więc po zakończeniu wojny, LDK po śmierci Rugovy w 2006 roku i fatalnej kadencji lat 2004-2007 do dziś nie odzyskała zaufania, a jej poparcie oscyluje w granicach 25%. Mimo bycia drugą największą partią w kraju, regularnie pozostaje w tyle za PDK. Niemniej należy podkreślić, że ideologicznie LDK nie odbiega wiele od jej konkurentki. Pozostaje po prawej stronie sceny politycznej, miotając się od nacjonalistycznych idei jej założycieli do chęci bycia w kontrze do PDK i co za tym idzie – bardziej umiarkowanych haseł.

Hashim Thaci (po lewej) i George W. Bush (fot. domena publiczna)

Wymowną ilustracją tej zmienności jest historia ostatnich 10 lat. Po przegranych wyborach w 2007 roku LDK weszła w koalicję z PDK. 3 lata później prezydent Fatmir Sejdiu, będący jednocześnie przewodniczącym LDK, wyrokiem sądu stanowiącym, że nie można łączyć tych dwóch funkcji, został zmuszony do rezygnacji. Koalicja więc rozpadła się i przeprowadzono nowe wybory, w których ponownie wygrała PDK. Tym razem LDK obrała konfrontacyjny kurs, zarzucając, jak się okazało – słusznie – rażące nieprawidłowości. W niektórych obwodach, będących bastionami PDK zanotowano bowiem iście rosyjską frekwencję, dochodzącą do 90%. LDK rzecz jasna po wyborach przeszło do opozycji. Hashim Thaci znów został premierem, przy wsparciu mniejszych partii i nie zaszkodziły mu nawet oskarżenia Rady Europy o udział w handlu organami i narkotykami. Po 4 latach w opozycji LDK najwyraźniej przemyślała sprawę, gdyż po wyborach w 2014 roku, po wielomiesięcznym impasie, znów zawiązała koalicję z PDK dostając w zamian stanowisko premiera, które objął Isa Mustafi. Jak się łatwo domyślić, po kolejnym głosowaniu w 2017 roku, LDK znów znalazło się w opozycji, tym razem dając się ograć koalicji PDK, która podkupiła jedną z mniejszych partii stanowiskami w ministerstwach.

Warto krótko wspomnieć też o partii Sojusz dla Przyszłości Kosowa (Aleanca për Ardhmërinë e Kosovës, AAK), na czele której stoi – do niedawna premier Kosowa – Ramush Haradinaj. Jest to partia o relatywnie niskim, 10-procentowym poparciu. Niemniej odgrywa istotną rolę przy formowaniu koalicji rządzącej, z czego dwukrotnie skorzystał jej przywódca zostając premierem. Partia ta, podobnie jak PDK, wywodzi się ze struktur UÇK i jest silnie osadzona w rejonie Drenicy i Peci, skąd wywodzi się Haradinaj.

 

Z ulicznych protestów do dużej polityki

Krajobraz kosowskiej sceny politycznej uzupełnia ruch Samostanowienie (Vetëvendosje), który sam w sobie jest arcyciekawym zjawiskiem. Należy sobie bowiem uświadomić, co jest powodem frustracji przeciętnego obywatela Kosowa. Powody są dwa. Jednym z nich jest fakt, że na wielu poziomach najmłodsze państwo Europy działa tylko teoretycznie. Drugim – znajome choćby z polskiej polityki zmęczenie brakiem dopływem świeżej krwi do klasy politycznej. Vetëvendosje jest, a raczej próbuje być, odpowiedzią na te problemy. Stąd mamy bardzo ciekawy profil ideologiczny tej partii. Z jednej strony jako partia adresowana głównie do młodych wyborców (co nie jest bez znaczenia przy tamtejszym boomie demograficznym lat 90.) zasadza się ona na postulatach progresywnych i socjaldemokratycznych. Z drugiej strony znalazł tutaj oddźwięk ogólnoeuropejski powiew sprzeciwu wobec establishmentu.

(fot. domena publiczna)

Vetëvendosje z całą stanowczością głosi hasła walki z powszechną korupcją i związaną z nią starą klasą polityczną. Jednak to, co jest podstawą programu artykułowaną od samego początku to sprzeciw wobec obecnych uwarunkowań ustrojowych Kosowa. Sama nazwa partii wywodzi się od hasła “Bez negocjacji – samostanowienie! (Jo negociata – Vetëvendosje!), które towarzyszyło jej aktywistom jeszcze w pierwszej dekadzie XXI wieku. Wtedy to Vetëvendosje było pełnoprawnym ruchem społecznym. Podejmowało szereg akcji, jak zamalowywanie Prisztiny wyżej wymienionym hasłem czy protesty, sporadycznie kończące się masowymi starciami z policją, ciężko rannymi i dewastacją mienia. Bodaj najciekawszym przedsięwzięciem było domalowywanie na wozach ONZ (UN) liter F i D tak, aby układały się w słowo FUND, co miało zwrócić uwagę na korupcję, w którą zamieszane były również organizacje międzynarodowe działające w Kosowie.

Samostanowienie, jak sama nazwa wskazuje, bezwzględnie opowiada się za pełnym samostanowieniem Kosowa, zakończeniem misji ONZ i KFOR i budową niezależnego wymiaru sprawiedliwości (obecnie funkcje te pełnią organy lokalne wraz z EULEXem, unijną misją mającą wspierać lokalną administrację). Obecność instytucji międzynarodowych mocno ingerujących w funkcjonowanie Kosowa często w ustach krytyków istnienia tego państwa umniejszają jego niezależności, a nawet czynią kraj protektoratem UE. Choć jest to wielka przesada, nie sposób odmówić tej logice pewnej racji bytu. Z drugiej strony jest to bardzo delikatna materia, gdyż zdolność do samodzielnego, sprawnego i uczciwego funkcjonowania administracji państwowej i sądów w Kosowie pozostaje wątpliwa. Vetëvendosje natomiast zdecydowanie opowiada się za natychmiastowym przekazaniem całości kontroli nad krajem w ręce rządu w Prisztinie. Ocenę tego postulatu pozostawiam czytelnikom, gdyż sam rozumiem argumenty obu stron.

(fot. domena publiczna)

Inną kwestią podejmowaną przez Vetëvendosje jest sprawa ustroju państwa. Ugrupowanie, nieco populistycznie, głosi, że obecny system w Kosowie nadmiernie sprzyja mniejszościom etnicznym. Faktem jest, że Serbowie, Turcy, Aszkali i Egipcjanie, Boszniacy oraz Gorani urzędowo dysponują określoną liczbą miejsc w parlamencie (20 na 120), proporcjonalnie przewyższającą rzeczywisty udział w ludności kraju. Faktem jest, że każdy kolejny rząd zabiega o uczestnictwo w koalicji rządzącej Listy Serbskiej w obawie o kolejny bojkot państwa przez mniejszość serbską, co z kolei umiejętnie potrafi wykorzystać Belgrad. Ciężko jednak nie dostrzec sprzeczności między postępowymi hasłami głoszonymi przez ugrupowanie a chęcią “odebrania mniejszościom ich przywilejów”. Vetëvendosje przy każdej nadarzającej się okazji krytykuje establishment za ich zdaniem nadmierną uległość w stosunku do Belgradu i rzekome ustępstwa poczynione wobec Serbii przy jednoczesnym braku uznania przez nią niepodległości Kosowa. Na tej kanwie odmawia też specjalnego – ich zdaniem – statusu mniejszości serbskiej, dopóki Belgrad nie zaakceptuje niezależności swojej byłej prowincji.

Na dodatek tuż przed wyborami Albin Kurti, lider partii, odświeżył stary slogan partii o zjednoczeniu z Albanią wspominając, że wprawdzie napotkałoby to ogromne trudności, nie stanie się to z dnia na dzień i zależy to też od woli Tirany, jednakże “Kosowo ma całkowite prawo do połączenia się z Albanią”. Slogan ten budzi zawsze dość ciekawe reperkusje. Z jednej strony pewna część Albańczyków po obu stronach granicy popiera to rozwiązanie, więc takie deklaracje mogą przynieść dodatkowe procenty w słupkach poparcia. Z drugiej strony daje to do ręki oręż serbskim (i nie tylko) populistom głoszącym, że celem istnienia Kosowa jest budowa Wielkiej Albanii i konieczne jest usztywnienie polityki względem byłej prowincji. Z trzeciej strony, chyba każdy trzeźwo myślący obserwator zdaje sobie sprawę, że rozwiązanie to jest obecnie niemożliwe, gdyż naruszałoby równowagę w regionie, a to z kolei najprawdopodobniej zainicjowałoby kolejny łańcuch niepokojów na Bałkanach. Poza tym jak pokazuje przykład Bośni i Hercegowiny deklaracje deklaracjami, ale politycy raczej są mało skłonni do zostania lokalnymi urzędnikami w imię idei, kiedy mogą rządzić państwem, nieważne jak małe i dysfunkcyjne by było. Jak by nie było i z której strony nie patrzeć, korzystają na tym wszyscy tylko nie zwykli obywatele.

 

Przełom?

Vetëvendosje od 2010 staje do wyborów, za każdym razem osiągając coraz to lepszy wynik. W tegorocznym głosowaniu dostało wprawdzie procentowo mniej głosów niż w 2017, ale za to uplasowało się na pierwszym miejscu z wynikiem 25,5%. Przyczyną było nie tylko topniejące poparcie dla PDK, co przede wszystkim rozłam koalicji PANA, składającej się z PDK i AAK, zwycięzców sprzed dwóch lat. Tym razem PDK i partia Haradinaja postanowiły ruszyć do wyborów osobno, co skończyło się odpowiednio trzecim (21,2%) i czwartym (11,8%) miejscem. Drugą pozycję, tradycyjnie z blisko 25-procentowym poparciem, zajęła LDK (24,5%). Wynik wyborów przyjęto jako punkt zwrotny w historii Kosowa, odnotowując, że jest to pierwszy przypadek, kiedy misja tworzenia rządu nie przypadnie wojennym liderom. PDK uznało swoją druzgocącą porażkę, a LDK wyraziło gotowość do sformowania koalicji w celu “wywierania presji na opozycję”. Sprawa polityki wewnętrznej jest zatem jasna – Vetëvendosje zdobyło poparcie na fali zapowiedzi walki z korupcją i starym ładem, przyszły koalicjant LDK wtóruje tym zamiarom. Czy uda się te postulaty zrealizować? Jestem sceptyczny, natomiast deklaracji nikt nikomu składać nie zabroni. Czas pokaże.

Pomnik Billa Clintona w Prisztinie. W tle hasło Vetevendosje. (fot. domena publiczna)

Sytuacja robi się dużo ciekawsza, jeśli chodzi o politykę zagraniczną. Na tym polu przypadek Vetëvendosje jest spełnieniem się powiedzenia “uważaj o co prosisz”. Ruch Kurtiego przez lata krytykował z góry na dół politykę balansowania pomiędzy oczekiwaniami elektoratu z jednej, Serbii z drugiej, a społeczności międzynarodowej z trzeciej strony. Postawa była jasna i nieprzejednana. Nie dla negocjacji – samostawienie! W myśl tej zasady Kosowo jest niepodległym państwem, czy to się komuś podoba czy nie i powinno tak się zachowywać. Żadnych negocjacji z Belgradem, które umniejszają podmiotowości rządu w Prisztinie. Żadnych przywilejów dla Serbów. Żadnych wpływów organizacji międzynarodowych, gdyż Kosowo samo sobie poradzi ze swoimi problemami. I w końcu o tym, czy kraj zjednoczy się z Albanią postanowią sami Kosowarzy w referendum, gdyż jako obywatele niezależnego państwa mają do tego prawo.

Vetëvendosje musi teraz sprostać narracji, którą samo wykreowało. Z pewnością nie będzie czarnowidztwem stwierdzenie, że jeśli Kurti będzie prowadził mocno bezkompromisową politykę zagraniczną, taką jak zapowiadał, zakończy się to jak zderzenie pędzącego Daewoo Tico z betonową ścianą, a on sam długo piastować stanowiska nie będzie. Scenariusz jest dość łatwy do przewidzenia. UE zakręci kurek z pieniędzmi i wzmoży naciski polityczne. Serbia, wprowadzając niedogodności w handlu, tranzycie i dowolnej innej gałęzi gospodarki zmobilizuje przy okazji małą (ok. 5%), choć bardzo aktywną politycznie i doświadczoną w praktykach obywatelskiego nieposłuszeństwa serbską społeczność. Przy okazji Vučić będzie mógł znów wskazać palcem, że “Prisztina odrzuca próby dialogu” i doliczyć sobie punkty w rywalizacji o przychylność Zachodu. Czy Kosowo jest w stanie przetrwać takie niedogodności? Szczerze wątpię. I co na to dużo bardziej zachowawczy koalicjant z LDK?

Graffiti wymierzone w EULEX w zdominowanej przez Serbów północnej Mitrovicy (fot. domena publiczna)

Wyjścia zatem są dwa. Jak to często bywa, jedno jest całkiem niezłe, drugie jeszcze gorsze. Pierwszy scenariusz zakłada złagodzenie tonu w stosunkach międzynarodowych pod wpływem koalicjanta i po prostu brutalnej rzeczywistości. W zamian dobrze byłoby uczciwie skupić się na sprawach wewnętrznych. Co oczywiste, Kosowo potrzebuje rzeczywistej walki z korupcją i wzmocnienia struktur i autorytetu organów państwowych. Być może za cztery lata będą widoczne realne zmiany. W związku z tym, że Vetëvendosje jeszcze nie miało okazji rządzić i wywodzi się z ruchu społecznego, a jego członkowie to często zwykli aktywiści, istnieje ku temu cień szansy.

Niestety równie prawdopodobne jest, że nowa siła wpadnie w koleiny starej. Szumne zapowiedzi i hasła oraz granie na nacjonalistycznej retoryce będą wówczas jedynie mydleniem oczu i odwracaniem uwagi od degeneracji kolejnego pokolenia klasy politycznej. Nie będzie to nic wyjątkowego – to samo robi zdecydowana większość polityków i to nie tylko od Triglava do Wardaru, ale w wielu miejscach w Europie. W takim wypadku Kosowo podczas kolejnych wyborów będzie w tym samym miejscu w którym jest teraz – bez skutecznych struktur państwowych, miejsc pracy i poczucia stabilności, ale za to z trwającą 365 dni w roku awanturą o historię, mniejszości etniczne i stosunki z sąsiadami. Którą z tych dwóch opcji rzeczywiście wybrali Kosowarzy? Przekonamy się niedługo.

PS. Wprawdzie luźno koresponduje to z tematem artykułu, ale zdecydowałem się przytoczyć jeden z ostatnich komentarzy prezydenta Serbii, Aleksandara Vučicia. Stwierdził on, że nie chce okłamywać narodu i twierdzi, że Kosowo jest częścią Serbii, ale „nie jest całe nasze, a nie jest też ich” a kompromis nie polega na tym, że Serbia wszystko straci a Albańczycy dostaną wszystko. Pan prezydent jak zawsze konkretnie i na temat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *