Konferencja nt. Bliskiego Wschodu a.d. 2019 czy Krucjata dziecięca polskiego państwa?

Miesiąc temu polski rząd ogłosił, że zamierza zorganizować konferencję na temat bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie. Tak naprawdę nikt nie wie po co, na co i komu to potrzebne. Zasadniczo ten wpis powinien się skończyć słynnym memem z Johnem Travoltą, jednakże szereg kolejnych informacji i wypowiedzi wypływających w kontekście tej konferencji nasuwa inne skojarzenie, a konkretnie krucjatę dziecięcą z 1212 roku… Spokojnie, już tłumaczę.

W 1212 roku do króla Francji Filipa II przyszedł dwunastoletni pastuch – Stefan z Cloyes, który oświadczył, że zorganizuje krucjatę dziecięcą, która wyzwoli Jerozolimę. Nie było w tamtych czasach zapisów wideo i można jedynie zgadywać, jaka była reakcja króla. Śmiem twierdzić, że o ile nie wybuchł śmiechem, to zapewne kazał wykopać dzieciaka za drzwi, żeby nie marnował jego czasu. Sam bym tak zareagował, gdybym usłyszał, że ów Stefan zamierza zwykłą czystością dziecięcych serc przekonać muzułmanów do oddania Ziemi Świętej. Mimo tego, Stefan z Cloyes zaczął działalność agitacyjną i udało się mu zebrać całkiem pokaźną grupę innych dzieci gotowych wyruszyć wraz z nim. Tragikomicznych wydarzeń było co nie miara, ale wystarczy powiedzieć, że sama wyprawa skończyła się jeszcze we Francji, czyli kraju w którym się zaczęła. Doszli do Marsylii, gdzie wbrew zapowiedziom morze o dziwo się nie rozstąpiło… Duża część, która jeszcze żyła, powróciła do domu, a tym, co zostali, francuscy kupcy zaoferowali podwózkę do Palestyny, która skończyła się sprzedaniem dzieci na rynku niewolniczym.

Tyle historii. Ale jak się to ma do nadchodzącej konferencji? Otóż wyobraźmy sobie, że Filip II to USA, Stefan z Cloyes to Polska, a krucjata dziecięca to konferencja. Nie trzeba być jakoś specjalnie zorientowanym, żeby domyślić się, że taka „krucjata” nie miałaby żadnych szans powodzenia. Tak samo jest z tą konferencją. Oczywiście odbędzie się ona, trochę osób przyjdzie, delegaci zasmakują dobrego jadła w zgodzie z tradycyjną polską gościnnością i się rozjadą. Zacznijmy od terminu, który mógłby być nieco lepiej dobrany, ponieważ w podobnym czasie odbywa się szczyt Unii Afrykańskiej i przez to część ewentualnych delegatów nie będzie mogła przyjechać. Naprawdę nie byłoby problemu, gdyby takowy szczyt przeniesiono o kilka dni wprzód albo wstecz. Jednakże cały pomysł tej konferencji wydaje się bardzo chaotyczny i robiony na kolanie. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że dopiero 8 lutego ogłoszono, że podczas trwania konferencji będzie podniesiony stan bezpieczeństwa do poziomu Alfa. Przecież od początku chciano zaprosić jak najwięcej przedstawicieli różnych krajów. W przypadku takich wydarzeń jak Szczyt NATO czy niedawny szczyt klimatyczny o podniesionym stanie ryzyka było wiadomo od dawna i wtedy wszelkie prośby o urlop był wstrzymywane itp. Teraz mówimy o ogłoszeniu stanu podniesionego ryzyka na 5 dni przed konferencją! Ciężko nie oprzeć się wrażeniu, że pachnie to generalnie prowizorką. Lecz o ile tutaj można jedynie dywagować, o tyle samych zainteresowanych i uczestnikach można powiedzieć znacznie więcej- i nie wygląda to ciekawie.

Tematem przewodnim konferencji ma być ogólnie pojęte bezpieczeństwo na Bliskim Wschodzie. To z góry narzuca nam myśl, że raczej powinni być obecni wszyscy główni aktorzy w regionie. Znacząco kłóci się to z wypowiedziami amerykańskich polityków, którzy zwracają uwagę, że sama konferencja w dużej mierze ma dotyczyć Iranu. Tym bardziej szkoda, że samego zainteresowanego nie będzie. Warte podkreślenia jest to, że Iranu nie będzie nie z powodu bojkotu, ale z braku zaproszenia… Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych jak zwykle wykazało się gracją i taktem godnym gości weselnych już po oczepinach. Jednak do wypowiedzi naszych polityków, w tym Prezydenta RP, jeszcze wrócę.

Wśród wielkich nieobecnych znaleźli się też Turcja, Syria, Rosja, Przedstawicielstwo Palestyńczyków oraz szefowa unijnej dyplomacji Federica Mogherini (będzie w tym czasie na spotkaniu Unii Afrykańskiej). Wciąż nie wiadomo co z przedstawicielami Francji i Niemiec oraz jaka w ogóle jest lista zaproszonych. Polskie MSZ nie chce podawać listy państw, które zamierzają wziąć udział. Oczywiście z ważniejszych trzeba wymienić Izrael, USA, Arabie Saudyjską, Egipt, Bahrajn, Kuwejt i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Teraz należy zadać sobie pytanie: czy aby na pewno ta konferencja ma służyć pokojowi? Ponieważ od razu widać, że będą obecni tylko sojusznicy USA. Moim zdaniem ciężko rozmawiać o rozwiązaniach pokojowych bez krajów jak Rosja, Turcja i Iran, które są kluczowymi graczami w regionie. Polska, krocząca dumnie objętą ścieżką nieumiejętności dyplomatycznych, zdaje się tego nie rozumieć. Drugim problemem jest to, że tak bardzo oparliśmy swoją politykę zagraniczną na USA, że nawet ciężko sprawiać pozory neutralności.

Teraz przytoczmy wypowiedzi, które moim skromnym zdaniem nadają się do nagrody bubla roku. „Wiemy, że jest napięcie między Stanami Zjednoczonymi a Iranem ws. porozumienia nuklearnego. Dlatego obowiązkiem takich państw neutralnych jak Polska, by wesprzeć każdą próbę zmniejszenia tego napięcia”. Takie słowa wypowiedział przedstawiciel kancelarii prezydenta. Nie wiem czy sam wpadł na taką błyskotliwą myśl, jednakże we wcześniejszym akapicie wyjaśniłem dlaczego w przypadku tej konferencji ostatnim, o czym możemy mówić, jest Polska jako neutralny rozjemca. Natomiast Minister Spraw Zagranicznych Jacek Czaputowicz powiedział: „Nie zaprosiliśmy jego (Iranu) przedstawicieli, bo to uniemożliwiłoby normalne obrady. Irańczycy używają języka, który jest trudny do zaakceptowania”. Te słowa stoją idealnie w kontrze do tego, co mówi kancelaria Prezydenta RP. Za to Krzysztof Szczerski stwierdził, że Polska strona będzie tłumaczyć Iranowi nasze intencje. Wydaje mi się, że Polska nie musiałaby tłumaczyć Iranowi intencji, gdyby został zaproszony.

Inna złota wypowiedź na szczęście już byłego ministra MSZ Witolda Waszczykowskiego to: „Bogaćmy się na handlu z największą gospodarką globu, a nie szukajmy jakichś dealów w Drugim czy Trzecim Świecie”. Ten pan obraził jednym zdaniem osiemdziesięciomilionowy kraj, w którym akurat z państw ogólnie przyjętego zachodu najlepsze kontakty biznesowe jak i polityczne ma właśnie Polska. Najlepszym przykładem są chociażby krótkoterminowe dostawy ropy tzw. spoty, które sprowadził PKN Orlen w latach 2017-2018. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie wciąż działające biuro w Teheranie i kontakty biznesowe. Te dostawy zostały przerwane po ponownym nałożeniu sankcji przez Donalda Trumpa. Podobna sytuacja dotyczy innej dużej polskiej firmy energetycznej, czyli PGNiG. Nigdy nie wiadomo jaki klimat polityczny będzie za rok, dwa czy pięć lat. Jednakże Polska myśląc perspektywicznie raczej powinna mimo wszystko utrzymywać dobre stosunki z Iranem, a nie stosować tego typu wypowiedzi.

Na koniec słowa samego prezydenta Andrzeja Dudy: „To nas zobowiązuje do prowadzenia aktywnych działań na rzecz pokoju i przejawem tego jest organizowanie przez nas konferencji bliskowschodniej jako, chcę podkreślić, państwa, które jest państwem neutralnym. My to robimy wspólnie ze Stanami Zjednoczonymi, ale nasz teren jest terenem neutralnym, my jesteśmy neutralni i chcemy zrobić wszystko, żeby pomóc w zaprowadzeniu pokoju na Bliskim Wschodzie”. Wydaje się (w co pragnę głęboko wierzyć), że Prezydent RP tymi słowami próbuje jakkolwiek gasić pożar, ale przy wydarzeniach, które miały miejsce i samych kompetencjach jakie posiada, niestety używa do tego łyżeczki do herbaty.

Tym samym Polska strona włączyła się w coś, co po raz kolejny bardzo mocno psuje nam relacje w regionie, w którym naprawdę mieliśmy dobre kontakty (patrz polski udział w inwazji na Irak). Z jednej strony mamy wypowiedzi ministra MSZ, bardzo agresywne w stronę Iranu, a gdy mleko się rozlało to nagle próbujemy się tłumaczyć, jak przyłapane na gorącym uczynku dziecko. Co więcej można byłoby to jakoś odkręcić, próbując zachować pozory konferencji pokojowej, próbując ściągnąć tzw. drugą stronę jak Turcję, Rosję, o Iranie już nie wspominając. Skutkiem niezaproszenia Iranu jest fakt, że Rosja w tym samym czasie w Soczi zorganizuje własny szczyt na temat Bliskiego Wschodu. Tym samym nie zyskujemy absolutnie nic poza tym, że zraziliśmy do siebie kolejny kraj, z którym mieliśmy dobre relacje. Gdy spojrzymy na 101 lat polskiej dyplomacji, nasuwa się jedno pytanie: Quo vadis dyplomacjo? Organizacja tej konferencji, którą przyrównałem do organizacji krucjaty dziecięcej z inicjatywy Stefana z Cloyes, trafia na przeciążoną już półkę ze złymi decyzjami podejmowanymi przez nasz MSZ. Pozostaje tylko smutek i drobna nadzieja, że druga półka, na której znajdują się dobre decyzje, w końcu zacznie się zapełniać, bo na razie głównie zbiera się na niej kurz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *